czwartek, 21 sierpnia 2014

Czterdziestka dziewiątka

Michał K.



Kość zrastała się bezproblemowo, suknia i garnitur były gotowe, a mnie mimo zajęć i tak brakowało gry. Dopingowaliśmy, co prawda, chłopaków przed telewizorem, ale być tam z nimi na boisku, to całkiem co innego. Na szczęście czas biegł bardzo szybko i zanim się obejrzeliśmy, nadeszła połowa lipca i zgrupowanie było bardzo blisko.

Z racji na brak miejsc musieliśmy się stawić 16 lipca w Bełchatowie. Ponad tydzień mieliśmy ćwiczyć właśnie w Energii. Znów ciężko było mi się wybrać z domu. Pożegnania nie są chyba dla mnie. Dzielniej zniosła to Marcelina, ale podejrzewam, że nie pozwalała „wyjść swoim uczuciom na zewnątrz”.

W końcu po długiej liście próśb ze strony Marceliny i także tych moich skierowanych pod jej adresem, wsiadłem w samochód i skierowałem się do Bełchatowa.



Marcelina



Misiek pojechał i znów zostałam sama. Z niecierpliwością czekałam na dzień, w którym miał wrócić do domu. Stało to się szybko. Bo po ośmiu dniach był z powrotem. Kilkanaście godzin przerwy z bliskimi miało go zmotywować do kolejnego zgrupowania. Jednak do Francji leciałam razem z nim – jak zresztą większość partnerek.

- Ej, Śpiąca Królewno. - Poczułam delikatne gładzenie po dłoni. - Czas się obudzić.

- Możesz mnie budzić tylko i wyłącznie pod warunkiem, że w zasięgu wzroku jest jakiś przystojny królewicz. - Lekko podniosłam prawą powiekę.

- A powiem ci, że widziałem jednego. - Mój rozmówca szepnął konspiracyjnie.

- Taak?

- Mhm. - Obserwowałam spod ledwie uchylonych powiek jak kiwa głową. - Nawet siedzi teraz obok ciebie.

- Gdzie?! - Wyprostowałam się na siedzeniu. - Przecież obok mnie siedzisz tylko ty, Misiu. - Zaczęłam się z nim drażnić.

- No wiesz co... - Zrobił cierpiętniczą minę. - Tego się po tobie nie spodziewałem. - Udał, że się obraża, ale bacznie mi się przyglądał.

- W takim razie, skoro królewicz się do tego nie garnie, to ja wracam do przerwanego snu. - Cały czas się z nim drocząc, zamknęłam oczy.

- Ej... - Poczułam jak stuka mnie w ramię.

- Hmm... - Spojrzałam na niego.

- Czas wypełnić obowiązki królewicza. - Spojrzał głęboko w moje oczy i pocałował mnie.

- Ech... Kubiak, Kubiak... - Zaśmiałam się chwilę później.

- Za chwilę lądujemy. - Zdążył jeszcze musnąć mój policzek.



Michał K.



Znów nietypowe miejsce na zgrupowanie – Francja. Mieliśmy kilka dni na poćwiczenie w innych warunkach. To rowery, to znów hala. A któregoś dnia – niespodzianka. Nasz trening odbywał się na plaży! Ludzie musieli mieć z nas niezły ubaw. Bo z pewnością banda dwumetrowców uganiająca się po piasku z celem czy też bez, przyciągała spojrzenia innych.

Blisko tydzień spędziliśmy w zagranicznym otoczeniu. My nieźle zmęczeni, a nasze rodziny wypoczęte. Dla każdego przynosiło to jakąś korzyść. Ale po parunastu godzinach przerwy w domu i tak wracaliśmy do Spały na kolejną porcję treningów.

- Jak ja się nudzę! - Igła któregoś wieczoru przyczłapał do mojego pokoju i z impetem runął na puste łóżko (mojego współlokatora akurat nie było).

- No i? - Wzruszyłem ramionami, nie odrywając wzroku od laptopa.

- No i to, że potrzebuję się czymś ciekawym zająć. - Stanął nade mną i zamknął komputer.

- To zdejmij ubranie i pilnuj. - Odgryzłem się.

- Liczyłem na jakąś ciekawszą propozycję od ciebie. - Skrzyżował ręce. - Buahahahaha! Mam pomysł! - Wybuchnął nagle demonicznym śmiechem. - Pośmiejemy się trochę z kolegów.



Krzysztof I.



Z racji na to, że nuda nie chciała odejść postanowiłem trochę rozruszać towarzystwo. Z pomocą Michała oczywiście.

- To weź skołuj jedną śrubkę i mały gwóźdź. A ja załatwię resztę. - Szepnąłem do Dzika i wyszedłem z jego pokoju.

Idąc korytarzem dotarłem do zajmowanych przeze mnie czterech ścian. Pogrzebałem w torbie, wyjąłem scyzoryk, który miał także w sobie śrubokręt i po przekręceniu klucza w zamku znów podążałem przejściem. Po kilkunastu krokach znalazłem się przed progiem. Zastukałem w drzwi trzy razy i chwilę później byłem w środku pomieszczenia.

- Co cię do nas sprowadza? - Odezwał się Wrona odkładając telefon na stolik.

- Skończyła mi się pianka do golenia, a widzicie jak wyglądam. - Specjalnie przejechałem ręką po brodzie dla uwierzytelnienia moich słów. - I pomyślałem, że może Kłosik mi pożyczy na chwilę.

- Pewnie, nie ma problemu. - Powiedział Kłos i zniknął w łazience. - Masz. - Podał mi opakowanie.

- Dzięki wielkie. Oddam za chwilę. - Podziękowałem jeszcze raz i wyszedłem.

W drodze znów zahaczyłem o swój pokój. Jako, że trochę musiałem się ustylizować, żeby było w miarę wiarygodnie stanąłem przed lustrem i szybko przy użyciu swoich kosmetyków zgoliłem dwudniowy zarost. Zgarnąłem jeszcze nić dentystyczną i po chwili byłem już u Kubiaka.

- Co ty chcesz w ogóle zrobić? - Zapytał mnie, gdy usiadłem przy stoliku.

- Patrz i ucz się.

Wziąłem Karolową piankę, zdjąłem z niej zatyczkę i z pomocą scyzoryka zrobiłem w niej mały otwór z boku. Przewlokłem przez to kawałek nici dentystycznej i zrobiłem pętelkę. Następnie wymontowałem dyszę i w małą rureczkę włożyłem zgięty gwoździk. Mocno wbiłem do środka i przy pomocy śrubki umocniłem konstrukcję, by nie wylatywała. Potem zahaczyłem pętelkę z nitki i zamknąłem pojemnik.

- To się Karolek zdziwi. - Zatarłem ręce. - Będzie polew dopiero jak będzie chciał tego użyć. Jak otworzy całość poleci na niego. Buahaha.

- I że też ja się do czegoś takiego przyczyniam! - Michał z niedowierzaniem pokręcił głową.



Andrzej W.



- Mogie przeszkodzić? - Zza drzwi wyłoniła się Krzyśkowa czupryna.

- Ehe. - Pokiwałem głową.

- Jest Karollo? Bo mam mu oddać piankę. - Przekroczył próg.

- Nie ma. Stwierdził, że przy mnie nie da się spokojnie porozmawiać przez telefon i wyszedł na zewnątrz. - Wyjaśniłem ziewając.

- W takim razie przekażę tobie, może być? - Zapytał.

- Obsłuż się sam i połóż koło umywalki. - Byłem całkowicie wypompowany, więc nawet nie chciało mi się wstawać.

- To podziękuj jeszcze raz Kłosowi ode mnie. - Chwycił za klamkę. - Narka. - Zniknął.

Po chwili przypałętał się Karol. Jakiś taki niewyraźny, zmarnowany. I jemu już dawały się we znaki ćwiczenia.

- Był Igła. Oddał piankę, dziękował i poszedł. - Poinformowałem.

- To dobrze. Idę wziąć prysznic. - Zamknął za sobą drzwi.

Spojrzałem na zegar. Była 21:30. Niby wcześnie, niby już późno. Postanowiłem jednak lepiej wypocząć i ułożyłem się pod kołdrą. Zamknąłem oczy i zacząłem już odpływać, gdy z łazienki dobiegł mnie przerażony krzyk przeplatany łaciną podwórkową. Skoczyłem na równe nogi i podbiegłem do drzwi.

- Jak ja go dorwę, to mu nogi powyrywam! - Pieklił się Kłos. - Patrz jak ja wyglądam! - Pokazał się.

Zarówno Karol jak i większa część kafelek była w piance do golenia.

- No kurde, bardzo super. - Spojrzał zrezygnowany, a ja zacząłem się głośniej śmiać.

- Ale cię strollował. - Opanowałem wybuch śmiechu i z powrotem położyłem się do łóżka.



Marcelina



Pobyt chłopaków w Spale minął w zastraszającym tempie. Dni mijały jak godziny, godziny jak minuty, a minuty jak sekundy. Nim się obejrzałam Michał dzwonił już do mnie z Krakowa. Tam już w sobotę mieli rozgrywać pierwszy mecz Memoriału.

Coraz bardziej zaczynałam się też stresować. Z niedowierzaniem spoglądałam w kalendarz, gdzie data 23 sierpnia otoczona była czerwonymi wykrzyknikami.

Na długi weekend zapowiedziała się Martyna, która stwierdziła, że coś jej się od życia należy i potrzebuje odpocząć od wiecznego masowania chłopaków. Dlatego też w piątkowe popołudnie oczekiwałam na nią z niecierpliwością.

Przyjechała tuż po 14 z walizką i tajemniczym pudełkiem. Ulokowałam ją w pokoju gościnnym, poprosiłam o rozgoszczenie się, a ja poszłam zrobić kawę – napój, bez którego nie funkcjonowała normalnie. Przyniosłam kubki do salonu, a ona przyszła i położyła na stole opakowanie, którego zawartość nurtowała mnie od samego początku.

- Z racji na to, że za tydzień już taka wolna nie będziesz, patrz co mam! - Podniosła wieczko. - Wszystkie możliwe nadzienia jakie tylko były w sklepie. - Wyszczerzyła się.

No tak! Przecież mogłam się domyślić! Czekolada!

- A jak przez ciebie nie założę sukni? - Zmarszczyłam czoło.

- To pójdziesz bez. - Zaśmiała się i rozpieczętowała jedną tabliczkę.

Wieczór minął nam z czekoladą i dobrymi filmami. Przy okazji też nagadałyśmy się za wszystkie czasy i położyłyśmy się bardzo późno.

Rano za to ciężko było mi się zwlec z łóżka. Spojrzałam jednak na świecące słońce za oknem i ruszyłam do łazienki. Wzięłam prysznic, ubrałam się i zeszłam na dół przygotować jakieś śniadanie. Otworzyłam lodówkę i jej zawartość (jak to ja – zapomniałam zrobić większe zakupy) zmusiła mnie do zrobienia naleśników. Gdy wszystko było gotowe, a i kawa już się parzyła, poszłam obudzić gościa.

- Kto śmie zakłócać mój sen? - Ziewnęła szeroko.

- Chciałam ci powiedzieć, że już po dziesiątej.

- Czym mnie przekonasz, żebym się zwlekła z łóżka? - Odezwała się nadal nie otwierając oczu.

- Mam naleśniki i świeżą kawę.

- Lecę! - W oka mgnieniu wyskoczyła spod kołdry, a ja z powrotem udałam się do kuchni.

Pięć minut później siedziałyśmy razem przy stole i konsumowałyśmy śniadanie. Wspólnie ustaliłyśmy, że jednak przejedziemy się na jakieś zakupy. I tak spędziłyśmy popołudnie.

Do domu wróciłyśmy przed 16. Zmęczone, znudzone i jedynym pozytywnym aspektem były nasze „zdobycze”. Martyna zaoferowała się, że zrobi coś do picia, a ja w tym czasie miałam przejrzeć tv w poszukiwaniu jakiegoś filmu. Runęłam na sofę i zmieniałam kanały. Jednak czynność ta została przerwana przez dzwonek do drzwi. Krzyknęłam, że idę otworzyć i po chwili nacisnęłam klamkę. Wyszłam przed budynek, gdyż zdziwiło mnie to, że nikt nie stał za progiem. Już zawracałam w stronę domu, gdy poczułam, że ktoś zarzuca mi jakiś worek na głowę. W oka mgnieniu związali mi czymś ręce. Zaczęłam krzyczeć żeby mnie puścili, ale oni zakneblowali mi usta. Byłam zgubiona!

Czworo rąk mocno złapało mnie, uniosło nad ziemię i wymieniając między sobą jakieś półsłówka zanieśli prawdopodobnie do samochodu. Trzasnęły drzwi i po chwili z piskiem opon ruszyliśmy. Serce podchodziło mi do gardła. Porywacze cały czas szeptali i chichotali. No tak, im było do śmiechu! Mi stanowczo nie!

Miliony myśli przebiegały przez mój umysł. Czy oni to robią dla okupu? Czy chcą mnie zabić? O co w tym wszystkich chodzi?! Byłam przerażona i marzyłam, żeby to wszystko się jak najszybciej rozwiązało. A na dodatek miałam skądś znać te głosy... Tylko nie mogłam sobie przypomnieć skąd...

Po kilkunastu minutach jazdy, które zdawały się być godzinami, zaparkowaliśmy. Słyszałam jak tylko jedna osoba wysiada z samochodu.

- Impreza dopiero się zaczyna! - Syknął nienaturalnie niskim głosem drugi człowiek.



Martyna



Będąc w kuchni usłyszałam jak ktoś dzwoni do drzwi, które Marcela po chwili otworzyła. Potem tylko krzyk i pisk opon. Wyjrzałam przez okno. Auto odjechało. Dostałam wówczas krótką wiadomość tekstową. „Gotowe” - odczytałam.

Szybko więc wybiegłam z pomieszczenia, w kilku krokach znalazłam się na piętrze w sypialni gospodarzy domu. Otworzyłam garderobę, wybrałam jedną z sukienek brunetki, do tego dobrałam buty. Zbiegłam na dół, wrzuciłam wszystko do jej torby, łącznie z telefonem, który spoczywał w salonie. Zgarnęłam jeszcze swoją kosmetyczkę. Wyłączyłam telewizor, zamknęłam okno i łapiąc w biegu klucze od głównego wejścia, wystrzeliłam w stronę swojego samochodu.

Kilkanaście chwil później dogoniłam auto w którym była Marcela. Jeszcze parę kilometrów i zaparkowaliśmy. Trzasnęłam drzwiczkami i zrównałam się z mężczyzną w kominiarce.

- O matko! Jakie to nie wygodne... - Zaczął jęczeć, gdy zdjął nakrycie głowy. - Leć do środka, a my ją przyprowadzimy. - Wskazał za siebie, a ja tylko kiwnęłam głową i weszłam do budynku.



Marcelina



Z nerwów zaczęłam liczyć oddechy. Jeden... Dwa... Trzy... Osiemnaście... Wtedy otwarły się drzwiczki i zostałam wyjęta na świeże powietrze. Drżałam, ale starałam się im nie ułatwiać. Wzięli mnie pod ramiona i zaczęli prowadzić. Dokładnie czterdzieści dwa kroki później, cicho poinformowali, że mam uważać, bo schody.

Wspięliśmy się po nich i na górze, odwiązali mi ręce, ostrzegając, że mam nie robić żadnych gwałtownych ruchów. Wyjęli mi także knebel z ust. Nie musieli wspominać, że zero żadnych dźwięków. Wiedziałam to sama. Ponownie wzięli mnie pod ramiona. Przeszliśmy parę kroków, minęliśmy próg i o dziwo! Puścili mnie! I równocześnie z tym zdjęli z głowy worek. Mimowolnie przeczesałam włosy rękoma, ale nadal miałam zamknięte oczy. Bałam się tego, kogo zobaczę.

Wzięłam głęboki oddech i podniosłam powieki, a wtedy rozległ się donośny krzyk:

- Niespodzianka!

Zakryłam twarz rękoma i zaczęłam się śmiać. Byłam w jakimś klubie, a w loży siedziały Martyna, Kosokowa Kasia i partnerki chłopaków z drużyny Miśka.

- A co ty sobie wyobrażałaś? Że się bez panieńskiego obejdzie? - Tuż obok znalazła się blondynka.

- To nie można było powiedzieć, że coś takiego knujecie? Prawie zeszłam tam na zawał. - Wydusiłam w końcu.

- Swoją drogą, panowie, pełna profeska. - Zwróciła się do dwóch mężczyzn w czarnych kominiarkach.

- No ba. - Odparli równocześnie i zdjęli z głowy nakrycia.

- No nie! I to dwaj środkowi! - Znów zaczęłam się śmiać, gdyż moim oczom ukazał się Grzesiu Kosok i Patryk Czarnowski.

- Bawcie się dobrze. - Pomachali nam i zniknęli za drzwiami.

- A i byłabym zapomniała. - Martyna wzięła do ręki swoją torbę. - Idziesz się przebrać. A ja cię pomaluję. - Złapała mnie za rękę.

Wtedy już wiedziałam, że zapamiętam ten dzień do końca życia. 

~*~
PRZEPRASZAM!!
Ale stało się coś, czego kompletnie nie brałam pod uwagę, a mianowicie awaria internetu. 
Byłam wczoraj totalnie wściekła, ale usterka była w centrali na moim terenie. Zwariować przy nich można! Dlatego jeszcze raz przepraszam za siebie i techników, którzy mają 24 godziny na naprawę i to ich wina. 
 

wtorek, 19 sierpnia 2014

Czterdziestka ósemka

Michał K.



Gips na dłoni przeszkadzał mi. Jednak musiałem się do niego przyzwyczaić. Nazajutrz po zabiegu wracałem do domu. Koledzy dostarczyli moje rzeczy oraz samochód. Do Żor jechaliśmy na dwa auta. Z wiadomych przyczyn nie mogłem prowadzić.

Zaparkowaliśmy pod domem późnym popołudniem. Prawie równocześnie stanął tam również mini cooper Marceliny.

- Michał... - Zarzuciła mi ręce na szyję ze łzami w oczach.

- Spokojnie. - Przytuliłem ją zdrową ręką. - Tak widocznie miało być...

Przeszliśmy wszyscy do domu. Winiar z Pitem, którzy ze mną przyjechali, zostali na chwilę, wypili herbatę i odjechali Piotrkowym samochodem.

- Misiek, tak mi przykro. - Brunetka usiadła obok mnie i mocno się wtuliła. - Nie tak miało być. Miałeś tam z nimi grać i wygrywać.

- Spójrz na to z drugiej strony. - Próbowałem ją przekonać do pozytywnego myślenia. - Będę mieć czas na odpoczynek po sezonie, a co najważniejsze, pomogę w przygotowaniach do ślubu. - Troszeczkę się rozchmurzyła.

- Będzie dobrze. - Uśmiechnęła się w końcu.



Marcelina



W sobotę jechałam z Michałem na prześwietlenie. Jak się okazało wszystko było w porządku, więc jedynie odnowili mu gips. Starał się nie okazywać tego, ale w oczach widziałam jak mu ciężko bez gry.

Misiek jak zapowiedział, tak też robił. Na każdym kroku starał się wyręczać mnie z załatwień związanych z weselem. Jako, że chodziłam do pracy to ułatwiał mi tym życie. No chyba, że musieliśmy coś załatwiać osobiście, a nie telefonicznie. Wtedy coś się kombinowało.

Pewnego wieczoru, gdy już wróciłam z Jastrzębia, Misiek zakomunikował mi, że jest pilna sprawa. A mianowicie ustalenie menu.

- Dostałem maila z różnymi propozycjami i mamy im podać do jutra. A i do końca czerwca przekazać ile osób będzie. - Poszedł po listę gości, przy której miałam miejsce do zaznaczenia potwierdzeń. - Co do chłopaków... - Zamyślił się zatrzymując wzrok na nazwiskach kolegów. - Będziesz mieć odpowiedź do jutra maksymalnie.

- Skąd wiesz? - Zdziwiłam się.

W odpowiedzi przewrócił tylko oczyma, sięgnął po telefon, wstukał coś i przyłożył go do ucha.

- Siema Igła. - Odezwał się. - Coraz lepiej. Kości się zrastają prawidłowo. - Teraz słuchał. - Dzwonię w zasadzie z taką małą przypominajką. - Mimowolnie się uśmiechnął. - Tak. Dokładnie. - Odczekał znów chwilę. - Super. Dzięki. Trzymaj się. - Odłożył komórkę.

- I? - Spojrzałam na niego pytająco.

- Właśnie uruchomiłem pocztę pantoflową. - Zaśmiał się. - W końcu Igła to zawsze najświeższy przepływ informacji, więc szepnie gdzieś tam słówko. Ktoś przekaże dalej i załatwione.

Rzeczywiście tak było. Godzinę później odebraliśmy pierwszy telefon. Iwona wolała sama nam powiedzieć, że oczywiście będą wraz z dziećmi tak jak ich zapraszaliśmy. Do następnego wieczoru wszyscy koledzy Michała potwierdzili swoją obecność. Nikt się nie wyłamał. W sumie były jeszcze trzy tygodnie do końca czerwca, ale lepiej mieć pozałatwiane wcześniej.



Michał K.



Ciężko oglądało się mecze w telewizji. Strasznie brakowało mi gry, ale starałem się by nie było tego po mnie widać. Czy się udawało – nie zawsze.

Siedziałem właśnie na kanapie w oczekiwaniu na kolejną rozgrywkę. Koledzy mieli dziś rozgrywać już drugi mecz we Włoszech. W końcu dosiadła się do mnie Marcela i spojrzała z przerażeniem w oczach.

- Coś się stało? - Zaintrygowała mnie.

- Michał... Wiesz co sobie uświadomiłam? Przecież musimy obrączki zamówić, twój garnitur i pasowałoby w końcu wybrać sukienkę. Czas się kurczy... - Była rzeczywiście przerażona.

- Dwa miesiące to dużo. Nie martw się. - Przytuliłem ją i pocałowałem w czoło. - A poza tym możemy zając się tym jutro. Wiesz, że prezes wiele rozumie i da ci wolne.

- Może i masz rację, że zbytnio panikuję...

- Nie może, a na pewno. - Uśmiechnąłem się. - A teraz trzymamy kciuki za chłopaków.

Między sobą wymienialiśmy spostrzeżenia dotyczące meczu. Dotyczyły one m.in. tego, kiedy powinna być wprowadzona jakaś zmiana, czy to jakie zagranie było błędne. Marcela najczęściej denerwowała się na Zaytseva. W końcu jednak trzeba było powiedzieć to głośno – przegrana. Ale wszystko było do odrobienia w kraju i na to liczyliśmy.



Marcelina



Poniedziałek miałam wolny. Prezes bez problemu zgodził się, bym wzięła dzień urlopu. Dlatego też po zjedzeniu późnego śniadania wyruszyliśmy na poszukiwania interesujących nas rzeczy, a także do sali. W końcu trzeba było im podać na jakie menu się zdecydowaliśmy oraz jakie dekoracje nas interesują.

Najpierw skierowaliśmy się do restauracji. Od razu zajęła się nami pani, która specjalizowała się w organizacji wesel w obiekcie. Przedstawiliśmy więc jej swoją wizję, ona swoją i bez problemu doszliśmy do porozumienia godząc się na połączenie dwóch pomysłów, gdyż wzajemnie się uzupełniały. Tym sposobem zadecydowaliśmy, że pakiet promocyjny, który nam przysługiwał, będzie obejmował także elegancki wystrój sali. Dodatki, takie jak kwiaty, miały być niebieskie, a reszta biała. Dogadaliśmy wszystkie szczegóły niecierpiące zwłoki, a ostateczną liczbę gości mogliśmy podać już telefonicznie.

Kolejny przystanek w naszej wycieczce stanowił jubiler. Mieliśmy ciężki orzech do zgryzienia, jak to mówią. Pokazał nam chyba wszystkie możliwe wzory z różnych kruszców. Po długich debatach i negocjacjach wybraliśmy. Model na który się zdecydowaliśmy był z białego i żółtego złota. Spodobała nam się ich prostota i to, że po przymierzeniu doskonale wyglądały na dłoni. Ich odbiór mieliśmy za dwa tygodnie, bo Michał uparł się na mały grawerunek w środku.

Zanim się obejrzeliśmy było już po 13.

- Przerwa na obiad? - Zaproponował Misiek spoglądając na zegarek.

- Mhm. - Pokiwałam głową i po chwili składaliśmy już zamówienie.

- Masz już jakąś wizję swojej sukienki? - Zagadnął Michał, kiedy czekaliśmy na posiłek.

- Żartujesz sobie. Kompletnie nie mam pojęcia co mi się spodoba. - Przyznałam.

- No wiesz... - Zaczął tajemniczo Michał. - Jak dla mnie nie musisz mieć nic na sobie. - Dodał szeptem.

- Głupek! - Podsumowałam krótko, gdyż właśnie przyniesiono nasze zamówienie.



Michał K.



Po obiedzie najpierw pojechaliśmy wybrać mój garnitur. Wolałem tym akurat zająć się na samym końcu, ale Marcela stwierdziła, że najdłużej i tak zajmie wybieranie jej sukni, więc pierwsze tu.

Weszliśmy do ogromnego sklepu (gdzie też szyją na miarę) i od razu zajęła się mną ekspedientka. Zostałem zmierzony z każdej możliwej strony; wzdłuż i wszerz.

- Jeszcze ci może obwód głowy zmierzą. - Szepnęła Marcelina przyglądając się całemu procesowi.

Po pięciu minutach oczekiwania ekspedientka wróciła i przyniosła ze sobą kilkanaście gatunków tkanin, każdy w innym odcieniu.

- Proszę przyjrzeć się materiałom, który wydaje się dla pana odpowiedni, a potem wybierzemy kolor. - Wyjaśniła pani, a ja z uśmiechem na ustach i przerażeniem w oczach przyglądałem się skrawkom.

- Chyba ten będzie odpowiedni. - Wydusiłem w końcu, a w odpowiedni dowiedziałem się ile to ma w sobie procent wełny i sztucznych domieszek.

- A teraz zdecydujemy jaka barwa będzie idealna. - Gdy zobaczyłem wszystkie kawałki tkanin w różnych odcieniach to aż jęknąłem ze strachu.

- Proszę się przyjrzeć: antracytowy. - Pani podała mi skrawek. - Grafitowy... Marengo... Szarostalowy...

- Taaa... Sinokoperkowy róż... - Mruknąłem, bo jak dla mnie każdy z powyższych był po prostu szary.

- A może takie: palisander czy hebanowy?

- Cheba stary... - Matko kochana! Zwariować można! - A czarny klasyczny?

- Trzeba było tak od razu. - Zaperzyła się sprzedawczyni, a Marcela tylko się z nas śmiała.

- I ty Brutusie przeciwko mnie? - Lekko już poirytowany i zmęczony, spojrzałem jak to mówią, spode łba na brunetkę, co rozbawiło ją jeszcze bardziej.

- Sadza angielska czy smolisty? - Pani ponownie do mnie podeszła.

- Czarny... - Powiedziałem płaczliwym głosem.

Godzinę później na szczęście wychodziliśmy stamtąd. Na prawdę mało brakowało, a uciekłbym ze sklepu w podskokach.

Następnie podjechaliśmy pod salon sukien ślubnych. Po cichu liczyłem, że zajmie to trochę mniej niż mnie, ale postanowiłem uzbroić się w cierpliwość – tzn. miałem naładowaną baterię w telefonie.

Weszliśmy do środka i od razu zająłem sobie miejsce na sofce w samym kącie i starałem się nie odzywać.



Marcelina



Misiek wyglądał tak, jakby go ktoś przez magiel puścił. Był całkowicie pozbawiony energii i jakiejkolwiek chęci do życia. Tak więc usiadł sobie cichutko jak mysz pod miotłą i próbował wygrać jakiś wyścig.

Ja z kolei przeglądałam różne kroje sukien. Począwszy od księżniczkowatych, przez proste aż do krótkich. Pierwszy i ostatni wariant odrzuciłam i skupiłam się na skromnym modelu. Od razu jedna przypadła mi do gustu. W klasycznym białym kolorze, tylko lekko rozszerzona u dołu, w tali ozdobiona czymś co przypominało delikatny haft. Idealna!

Szybko też zmierzyli mnie i poprosili na przymiarkę już za tydzień.

- To jest niesprawiedliwe! - Michał pociągnął nosem. - Tobie to zajęło niecałe pół godziny, a ja tam siedziałem półtorej. Teraz i tak nie potrafię wymienić ani jednego koloru, który tam był.

- Misiek, z tobą gorzej niż z dzieckiem. - Podsumowałam i odjechaliśmy w stronę domu.

~*~
Kolejna część już dodana. Może nie jest aż takie do kitu jak mi się wydaje...

Przypominam, następny rozdział już jutro najpóźniej o godzinie 17.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Czterdziestka siódemka

Marcelina

Udało mi się załatwić bilet na sobotni mecz. Czasem jednak znajomości się przydają. Dlatego po piętnastej wsiadłam w samochód i odjechałam w stronę Wrocławia.
Na halę weszłam piętnaście minut przed meczem. Trwała jeszcze rozgrzewka. Odnalazłam swoje miejsce i zrzuciłam na krzesełko ramoneskę. Tym razem zabrałam ze sobą także aparat, ponieważ zdałam sobie sprawę, że nie mam ani jednego zdjęcia z meczu. Wyjęłam sprzęt z futerału i po ustawieniu odpowiednich opcji zaczęłam pstrykać fotki. Przerwałam na chwilę, ponieważ rozpoczynało się oficjalne przedstawienie składów drużyn. Wznowiłam dokumentację spotkania, gdy Macedończycy serwowali pierwszą piłkę w spotkaniu.
W pierwszej partii to Wlazły czynił „cuda”. Potężne ataki i asy serwisowe sprawiły, że pokonaliśmy przeciwników do 13. W drugim secie coraz więcej było widać gry przyjmujących. Tu Winiar, tam znów Kubiak. Środkowi również popisywali się swoimi umiejętnościami i tym sposobem na naszym koncie było już 2:0. To zagrywka, to udany atak i wygraliśmy 3:0.
Panowie z uśmiechami na twarzach rozciągali się jeszcze na płycie boiska, a tłumy fanów ciągnęły ku nim. Ja też postanowiłam pójść w tamtym kierunku i przywitać się z Michałem, który swoją drogą nie wiedział o moim przyjeździe.
- Ej, gdzie się pchasz? - Usłyszałam gdzieś w okolicy swojego ramienia.
- Przechodzę tak jak i wy. - Spojrzałam z góry na dwie nastolatki.
- Jak chcesz autograf zdobyć, to i tak musisz czekać. Byłyśmy pierwsze! - Mniejsza z tej dwójki koleżanek odszczeknęła mi.
- Tsaa... - Skwitowałam ich zachowanie.
Stałyśmy już na płycie boiska, pilnowane przez ochronę. Panowie właśnie zaczęli się rozchodzić.
- Matko, jakie Winiarski ma cudne oczy! - Pisnęła nieco wyższa hotka.
- Żeby tylko nie miał żony, to byłby cud, miód i orzeszki. - Nie ma to jak rozmowa dwóch małolat.
- Za to Kubiak tak słodko mruży oczy, jak nie ma okularów. - Zaczęła znów się rozpływać jedna z nich, a ja o mało nie parsknęłam śmiechem.
- Patrz! Idzie tuuuu!!! - Niższa zaczęła skakać.
Misiek istotnie szedł w naszym kierunku. Jednak zatrzymał się i zaczął podpisywać kartki. Miałam nadzieję, że mnie nie zauważył w pierwszym momencie. W sumie... Stałam za dwoma hotkami. Tak żeby dziewczynki mnie nie dostrzegły, wycofałam się o dwa kroki i podeszłam kawałek. Tym sposobem stałam bliżej Kubiaka, który akurat proszony był o zdjęcie. Skreślił jeszcze parę podpisów, zanim znalazł się całkiem blisko mnie.
Akurat stał plecami w moją stronę, gdy delikatnie stuknęłam go w ramię.
- Mogę prosić o wspólne zdjęcie? - Zapytałam, gdy automatycznie odwrócił się nawet nie podnosząc wzroku.
- Jasne. - Odrzekł machinalnie i dopiero wtedy podniósł głowę. - Marcela! - Krzyknął uradowany, złapał mnie w pasie i okręcił się dookoła. - Co tu robisz?
- Niespodzianka. - Szepnęłam do niego jak już postawił mnie na ziemi.
- Daj mi jeszcze chwilkę, co? - Spojrzał z jakimś błyskiem w oku. - Idź do chłopaków, ucieszą się. - Dał mi całusa w policzek, a ja spełniłam jego prośbę i ruszyłam ku graczom.
- Patrz jaka cwana! - Usłyszałam, gdy mijałam dwie poznane wcześniej hotki.
- Cicho! - Syknęła druga.
Odwróciłam się w tamtą stronę i z uśmiechem na twarzy pomachałam do nich. Akurat był tam Michał. Szybko się podpisał i zostawił zdumione dziewczyny.
- Cieszę się, że tu jesteś. - Przytruchtał do mnie i objął mnie ramieniem.
- Siemaa! - Od razu obok nas znalazło się paru chłopaków i Martyna.
- Właśnie zastanawiałam się na który mecz przyjedziesz. - Powiedziała witając się ze mną.
- Udało mi się zdobyć bilet jedynie na dziś. - Przyznałam.
- Mam pomysła! - Udarł się Winiarski podskakując do góry.
- Uspokój swoje ADHD. - Spojrzał na niego karcąco Guma.
- Oj tam, oj tam. - Machnął ręką. - Marcelina będzie naszą przykrywką na symboliczne uczczenie dwóch zwycięstw. - Dumnie wypiął pierś do przodu.
- Niby jakim cudem? - Zdziwiłam się.
- No chyba zostaniesz tu do jutra?
- Nie planowałam tego... - Zawiesiłam głos i w ułamku sekundy rozważyłam wszystkie za i przeciw. - Ale mogę zostać. - Uśmiechnęłam się ponownie.
- Chłopaki! Pospieszcie się! Do szatni i to szybko! - Rozległ się głos Antigi i szybko opuścili boisko. - O! Marcelina. - Podszedł do mnie. - Miło cię widzieć.
- Też się cieszę ze spotkania, trenerze. - Dygnęłam. - Gratuluję wygranej.
- Bardzo dziękuję. - Ucieszył się. - Czekasz na Michała? - Widząc moje twierdzące skinienie głową, dodał. - Chodźmy na zewnątrz.
I tak rozmawiając o niczym dotarliśmy na parking. W oddali dostrzegłam czające się dwie dziewczyny, które miałam wątpliwą przyjemność poznać po meczu. Mimowolnie się roześmiałam. Wtedy też pospiesznie wybiegł z budynku Misiek.

Michał K.

Starałem się jak najszybciej przebrać, by mieć dłuższą chwilę na pogadanie z Marcelą. Dlatego błyskawicznie znalazłem się przed halą.
- No popatrz... - Westchnął Stefan w kierunku mojej narzeczonej. - Jak chce to potrafi. - Wskazał na mnie.
- Miałem dobrą motywację. - Ruszyłem znacząco brwiami. - Mogę wrócić do hotelu z Marceliną?
- Nie widzę problemu. Zaczekam na resztę w autobusie. - Powiedział i odszedł w stronę pojazdu.
- Jak sobie radzisz? - Zapytałem, gdy szliśmy do jej samochodu.
- Trochę ciężko mi wieczorami, jak muszę siedzieć sama. - Przytuliła się do mnie. - A tak to nawet dobrze. Twoi rodzice starają się jak najczęściej dzwonić, albo mnie odwiedzać.
- Nadopiekuńczość to ich drugie imię. - Zaśmiałem się. - Widziałaś? - Przystanąłem, gdy zauważyłem jakiś błysk.
- Taa. Będziesz jutro na portalu plotkarskim. - Przewróciła oczyma. - Hotki bawią się telefonem. - Szepnęła. - Cześć dziewczyny. - Dodała głośno.
- Uciekamy! - Usłyszeliśmy i postacie się oddaliły.
- O co chodziło? - Zapytałem nie wiele rozumiejąc z sytuacji.
- Trochę zgasiłam ich ambicje. - Wyjęła z torebki klucze. - Wskakuj i jedziemy.
Wskazałem drogę do hotelu i po chwili Marcelina odbierała już klucz do pokoju.
- Chodź na razie do nas. - Zaproponowałem.
Weszliśmy do pomieszczenia, które dzieliłem z Winiarem i zaczęliśmy rozmawiać. Kilkanaście minut później przybył mój współlokator.
- Mam nadzieję, że byliście grzeczni, jak mnie nie było? - Stanął przy drzwiach i spojrzał na nas groźnie. - Żartowałem. - Wyszczerzył się.

Marcelina

Chłopcy siedzieli do późna. I jako ostatnia, tuż przed drugą opuściłam pokój Michałów. W niedzielę obudził mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Nadawcą był (bo któż by inny!) - Kubiak. Podniosłam głowę i zerknęłam na wyświetlacz. Odczytałam krótką treść i w momencie, gdy odkładałam komórkę na szafkę ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
- Tak? - Rozespana otworzyłam.
- Chyba nie myślisz, że pozwolę ci dłużej spać. - Zaśmiał się Michał i wszedł do środka. - Jest po dziesiątej.
- Misiek, jest niedziela. - Ziewnęłam.
- A co to ma do rzeczy?
- To, że jutro poniedziałek. - Pokręciłam głową i niechętnie poszłam się ogarnąć.
Dziesięć minut później byłam gotowa.
- Idziemy coś zjeść. - Pociągnął mnie za sobą.
Na dzisiejszym meczu nie mogłam zostać. Bilet jakoś dałoby się załatwić, ale nie chciałam wracać do Żor nocą. Dlatego tuż po obiedzie pożegnałam się z wszystkimi i odjechałam.
Mecz ze Słowenią zakończył się wynikiem 3:1. A już w piątek chłopcy będą walczyć w Ljubljanie. Z dobrym nastawieniem położyłam się spać i prawie natychmiast odpłynęłam w krainę Morfeusza.
Ocknęłam się jednak, gdyż obudziło mnie zimne powietrze. Zdziwiłam się, że okno było otwarte. Na zewnątrz szalała burza. Grzmiało, błyskało się, wiał silny wiatr, a na dodatek deszcz zasiekał wprost w szklaną taflę, którą z trudem zamknęłam. Już chciałam położyć się z powrotem, gdy poczułam, że strasznie bolą mnie zęby. Tak jakby ktoś wbijał mi tysiące szpilek w dziąsła. Postanowiłam pójść do apteczki mieszczącej się w łazience i zażyć jakąś tabletkę przeciwbólową. Zaświeciłam światło i podniosłam głowę, spoglądając do lustra. Twarz miałam spuchniętą. Przeraziłam się. Lekko rozchyliłam wargi i przyjrzałam się zębom. Były zdziurawione próchnicą, czy też winą były inne zmiany chorobowe. Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam. Wtedy też usłyszałam jakiś dźwięk. Przeraźliwie głośny. Aż zmrużyłam powieki.
Otworzyłam oczy i rozejrzałam się po pokoju. Telefon jak szalony, próbował mi oznajmić, że mam wstać. Wyłączyłam dźwięk i głęboko zastanowiłam się nad tym, co widziałam dosłownie przed chwilą. Odrzuciłam kołdrę i podniosłam się. Za oknem ani śladu deszczu – zero kałuż, a słońce pięknie świeciło na błękitnym niebie. Firanka przy oknie była ułożona tak jak wczoraj wieczorem. Coś tu nie gra! Poszłam do łazienki i spojrzałam na siebie. Twarz gładka, a zęby białe jak zawsze. A więc to był sen! Odetchnęłam głęboko i przestałam się zastanawiać nad koszmarem.
Prędko zjadłam śniadanie, ubrałam się i pojechałam do pracy. Niby dzień jak co dzień, ale coś nie dawało mi spokoju. Cały czas gdzieś w zakątkach umysłu miałam już lekko zacierający się sen. Aż sprawdziłam co oznaczają symbole, które się w nim pojawiły. Burza symbolizowała złe przeżycia, a z kolei zepsute zęby - choroby. Stwierdziłam, że to i tak zabobony i wyłączyłam sennik.
W czasie przerwy, mniej więcej w południe wybrałam numer do Michała. Jakieś złe przeczucia nie dawały mi spokoju.
- Hej, Słońce. - Przywitał mnie jego radosny głos w słuchawce. - Co u ciebie?
- Mam przerwę i pomyślałam, że dowiem się, co robisz.
- Dziś mamy odnowę, więc luz i przyjemności. - Dowiedziałam się.
Rozmowę kontynuowaliśmy do momentu, aż wezwał mnie do siebie prezes. Miałam przygotować dla niego jakieś dokumenty. W końcu ruszyła karuzela transferowa i wiecznie coś było potrzebne. Tym razem ważny papierek dla Grześka Kosoka, który miał zasilić od nowego sezonu szeregi Jastrzębskiego.
Do samego końca dniówki biegałam jak szalona. Rzuciłam się w wir pracy i to pozwoliło mi zapomnieć o głupotach.
Michał miał do mnie oddzwonić, kiedy już skończy się „odnawiać”. To znaczy jak będzie miał wolny czas. Wróciłam do domu – telefon milczał. A przecież mówił, że po 17 kończą się zabiegi. Było już po 18. Trochę mnie to zdziwiło. Do tej pory zawsze dotrzymywał słowa. Czyżby coś się stało? Niee... Po prostu zagadał się z kolegami. Próbowałam sobie tłumaczyć tę sytuację.
Dla zabicia czasu poszłam więc do kuchni i zajęłam się gotowaniem. Robienie obiadu dla jednej osoby to nie przyjemność, ale w końcu przyszedł mi do głowy pomysł by gotować na dwa dni. Tym sposobem godzinę później miałam zapewnione gorące danie na następne dwa dni.
Było po dziewiętnastej, a na wyświetlaczu żadnej wiadomości. Zaczynałam martwić się coraz bardziej. W końcu nie wytrzymałam i wybrałam jego numer. Pierwszy sygnał... Drugi... Trzeci... Szósty... I poczta głosowa... Moje przeczucia właśnie się włączyły i dawały mi sygnały, że coś jest nie tak. Denerwowałam się coraz bardziej.
Dziesięć minut później ponownie wstukałam cyferki. Pierwszy sygnał... Drugi... Coś zatrzeszczało i po drugiej stronie odezwał się głos.
- Cześć, Słońce. - Michał cicho wypowiadał słowa.
- Nareszcie! - Kamień spadł mi z serca. - Co się działo? Dlaczego nie odbierałeś? Martwiłam się.
- Spokojnie. - Jego głos brzmiał dziwnie. - Po prostu los lubi płatać figle. - Silił się na każdy wypowiadany wyraz. - Wybacz mi, ale muszę kończyć. Chłopaki tu są. - Zbył mnie. - Pamiętaj, że cię kocham.
- Michał!! - Prawie krzyknęłam w słuchawkę, ale on wcześniej się rozłączył.

Michał W.

Misiek był już po zabiegu. Udało się poskładać jego kości, ale czekała go przerwa w graniu. Swoją drogą, ciekawe czy rozmawiał już z Marceliną.
Wraz z Piotrkiem przyjechaliśmy do szpitala, w którym się nim zajmowano. Weszliśmy do pokoju w momencie jego rozmowy przez telefon.
- Jak zwykle nie w porę. - Szepnąłem.
- Wybacz mi, ale muszę kończyć. Chłopaki tu są. - Kubiak powoli wypowiadał słowa, zapewne skierowane do narzeczonej.
- Jak się trzymasz? - Zapytał Pit.
- Na razie tak sobie. - Przyznał. - Ale to jeszcze nie koniec świata. Sześć tygodni minie jak z bicza strzelił. - Próbował zachować optymizm.
- Pewnie, ale ciężko będzie bez ciebie na boisku. - Uśmiechnąłem się życzliwie.
- Dzięki. - On też lekko uniósł kąciki ust ku górze. - Mam prośbę. Pogadajcie z Marcelą. Powiedzcie, co się stało i przeproście ode mnie.
- Nie ma sprawy.
Żeby go więcej nie męczyć wyszliśmy na korytarz. Miał zostać w szpitalu na noc, gdyż ingerencja w organizm wymagała znieczulenia ogólnego. Tym samym był jeszcze trochę oszołomiony. W końcu wybrałem numer do Kornackiej. Nabrałem powietrza w płuca i nacisnąłem zieloną słuchawkę. Odebrała bardzo szybko.
- Cześć Młoda. - Przywitałem ją.
- Winiar, proszę, powiedz mi czy coś się dzieje? - Od razu chciała się dowiedzieć.
- Nie... Tak... To znaczy, jakby to ładnie powiedzieć... - Zacząłem się miotać.
- Prosto z mostu. - Zachęciła mnie.
- Powiem tak. Misiek przyjedzie jutro do domu i zostanie na jakiś czas. - Wolałem nie mówić wprost.
- Macie wolne? - Zdziwiła się.
- To znaczy, Misiek tak jakby ma trochę z przymusu.
- Winiarski! Do cholery! Mów w tej chwili co się stało! - No i przejrzała mnie.
- Kubiak jest kontuzjowany. - Ciężko było mi to powiedzieć.
- COOO??!!
- Bał ci się sam o tym powiedzieć...

Marcelina

Wiadomość, którą przekazał mi Winiar, przeraziła mnie. Nie wiedziałam jak mam zareagować. Zamknęłam oczy i pod powiekami ukazał mi się obraz koszmaru, który nawiedził mnie dzisiejszej nocy. Niestety się sprawdziło...

~*~
 Oddaję Wam do oceny kolejny rozdział. Moim zdaniem nudny jak każdy inny, ale cóż... 

A teraz mała, ale niesamowicie istotna informacja! 
Z dniem dzisiejszym rozpoczynamy mini maraton. Rozdziały będę przez pewien czas pojawiać się co dzień - w okolicy godziny 17. Ale wiąże się z tym jeden warunek - będziecie o tym pamiętać. Trochę długo zajmuje mi informowanie wszystkich, dlatego każdą osobę zainteresowaną i dziś poinformowaną proszę, o zaglądanie tu. Do 17 maksymalnie będzie dodana kolejna część.  

piątek, 15 sierpnia 2014

Czterdziestka szóstka

Marcelina

W sobotni bardzo wczesny poranek wsiadałam do samochodu i odjechałam w stronę Spały. Chłopcy mieli mieć nieco luźniejszy weekend. Dlatego też większość ich kobiet również tam się wybierała.
Przed dziesiątą parkowałam w dobrze mi znanym miejscu. Wyskoczyłam z auta, zabrałam torebkę pełną zaproszeń i leniwie podreptałam w stronę budynku.
- Ale z ciebie dekiel, przecież kwiatostan owsa to wiecha, nie kłos! - Karol gorączkowo tłumaczył Andrzejowi pojęcie.
- Też mi różnica. - Wzruszył ramionami Wrona.
- Poza tym, kłos nie pasowało by ci w tej krzyżówce bo to cztery litery, a tu masz 6 kratek. - Karollo założył ręce na klatce piersiowej i udał, że się obraża.
- No dobra, Panie Zbożowy. Jak jesteś taki mądry to powiedz mi, patrzeć jak co w gnat? Na pięć liter. Druga „r”. - Andrzej zaczął bawić się długopisem.
- Chwila. - Drugi środkowy zaczął coś liczyć na palcach. - I tu mi pasuje wrona.
- Głupi jesteś! - Szturchnął Karola Wrona. - Jak śmiesz obrażać szlachetne wrony, że się w kości wpatrujemy?
- Jak ja za wami tęskniłam. - Wreszcie ujawniłam, że ich obserwuję.
- O jaaaaa! Marcela! - Rzucili się na mnie obaj. - Wróciłaś do nas. Będziesz z nami pracować? Powiedz, że tak. No powieeeedz. - Tak się przekrzykiwali, że nawet nie dali mi dojść do słowa.
- Gorzej niż dzieci. - Zaśmiałam się. - Niee. Ja tu tylko prywatnie.
- Szkooooodaaaa. - Westchnęli obaj i ułożyli usta w podkówkę. - Chodź z nami do środka. - Pociągnęli mnie za sobą.
- Ekhem, czy ktoś tu się nie zapomniał? - Usłyszałam bardzo poważny głos, w momencie jak obaj środkowi, pomiędzy którymi stałam chwycili mnie za ręce.
- Bo my ją, Michał, pilnujemy. Jakby tak czasem się zgubiła po drodze do ciebie. - Wyjaśnił konspiracyjnym szeptem Wrona, na co Kubiak tylko wybuchnął śmiechem.
- Cześć, Słońce. - Wyswobodziłam się i podeszłam do Miśka.
- To my idziemy sprawdzić, czy przypadkiem nikt nam nie ukradł ławki sprzed budynku. - Westchnął Karol.

Michał K.

- Jak ja się za tobą stęskniłem. - Chwyciłem Marcelinę i okręciłem się dookoła własnej osi. - Chodź, musimy pogadać. - Puściłem do niej oko.
Objąłem ją mocno i rozmawiając o niczym, dotarliśmy do mojego pokoju.
- Misiuuu... - Wtuliła się we mnie, kiedy już usiedliśmy. - Wiesz, że jakoś brakuje mi czasem tego miejsca? Dzięki Spale naprawdę stanęłam na nogi. No i dzięki tobie oczywiście. - Pocałowała mnie.
- No nie!! Dlaczego ja zawsze muszę was nakryć jak się całujecie?! - Do pokoju (oczywiście bez pukania) wszedł Zator.
- Też się cieszę, że cię widzę, Pawełku. - Marcelina wstała, a ja chcąc nie chcąc, zrobiłem to samo.
- Marcela. - Przytulili się na powitanie. - Świetnie wyglądasz. - Powiedział jak dokładnie ją zlustrował. - Nie wracasz przypadkiem do nas?
- No kolejny... - Przewróciła oczyma.
- O jaa. Kubiak, auto twojej narzeczonej stoi... - W tym momencie Ignaczak, który gwałtownie wpadł do mojego pokoju zauważył brunetkę. - Marcelaaaaa! - Rzucił się na jej szyję.

Martyna

W końcu uporałam się z wypełnianiem dokumentacji dla fizjo. Udało mi się tu pracować drugi rok z rzędu i była to najwspanialsza praca jaką mogłam sobie wyobrazić. Może też dlatego, że miałam wokół tylu przyjaciół i Pita na oku.
Trochę zmarnowana opuściłam pokój i wyszłam na korytarz. Tam jak zwykle kręciło się bez celu pełno siatkarzy.
- A wy nie macie czegoś do roboty? - Zapytałam snujących się Ignaczaka i Winiarskiego.
- W chwili obecnej, jesteśmy zatrudnieni jako wierni czekacze na swoje drugie połowy. - Wyjaśnił dyplomatycznie Michał W.
- Ty to tak sam? Z głowy mówiłeś? - Zdziwiłam się.
- Ej, wiesz ile ona nad tym pracował? - Szepnął Igła. - Się nam chłopak załamie i co? Co, jak właśnie podcięłaś mu skrzydła?
- Gdyby był kobietą, została by mu jeszcze miotła. - Uśmiechnęłam się.
- Pfff. Feministyczne podejście masz. - Prychnął z udawaną obrazą Winiar.

Marcelina

W ciągu godziny udało mi się przywitać ze wszystkimi, których znałam. A tych których widziałam pierwszy raz miałam okazję poznać. Przyszło mi także przeżyć konfrontację z trenerem. Okazał się świetnym i kontaktowym człowiekiem, dlatego po pięciu minutach rozmowy kazał mi mówić do siebie po imieniu.
- Misiek, pasowałoby w końcu zająć się zaproszeniami. - Szturchnęłam Kubiaka, kiedy spacerowaliśmy.
- Każdy z osobna, czy jak?
- Na obiedzie będą wszyscy, więc przekażemy im co i jak, a potem dodamy zaproszenia. - Nieśmiało zaproponowałam.
- A może puścimy plotkę, że są proszeni do konferencyjnej? Pogadam z trenerem, że chcieliśmy się spotkać ze wszystkimi, on to kupi. - Zapewnił.
Przystałam na jego propozycję i o 14 zaczęli się zbierać w wyznaczonym miejscu. Antiga coś tam powiedział, że miło mu poznać kobiety jego graczy i takie tam. W końcu zdecydował, że oddaje głos nam – to znaczy swoim podopiecznym. Jako pierwszy podniósł się Kubiak i wzrokiem poprosił bym do niego dołączyła.
- Trenerze, nie ma żadnych meczy 23 sierpnia, prawda? - Zapytał najpierw.
- Prawda. - Kiwnął głową. - Wtedy... - Spojrzał na rozpiskę. - Zgrupowanie.
- To świetnie. - Ucieszył się Michał, a wszystkie oczy spojrzały na niego z zaciekawieniem. - W takim razie... - Tu skierował wzrok na mnie.
- Prosto z mostu. - Przejęłam inicjatywę. - Zapraszamy was na nasz ślub.
- Aaaa!! - Zaczęli wstawać i bić nam brawo. - Gratulacje!!
- Dlaczego nic nie wiedzieliśmy? - Zaczęły odzywać się głosy w sali.
- Misiek, ty mendo. Prawie tydzień tu siedzisz i nic nie mówisz?!
- A ja wiedziałem, że tak to się skończy.
- Ludzie, ale będzie impreza!! - Krzyknęli równocześnie Igła z Winiarem.
Potem dostaliśmy od każdego gratulacje i konsekwentnie rozdawaliśmy imienne zaproszenia.

Krzysztof I.

No Kubiaki nas zaskoczyły. Znaczy się, teraz będę mógł na legalu tak do nich mówić. Wreszcie zaczęło im się układać. Wiele oboje przeszli i całe szczęście, że na siebie trafili.
- Michał!! - Zawołałem idącego Dzika.
- Co jest? - Zbliżył się do mnie.
- Od kiedy wy to planujecie i jakim cudem udało wam się tak szybko załatwić salę? Michał?! - Tu spojrzałem podejrzliwie. - Matko kochana, będę wujkiem? - Ucieszyłem się. - Albo ciocią?
- O czym ty myślisz? - Szeroko otworzył usta ze zdziwienia.
- No bo to tak szybko... Powiedz mi, Marcela jest w ciąży? - Drążyłem temat.
- Hehehehe. Igła. - Zaczął się głośno śmiać. - Coś ty. Mogliśmy albo czekać półtora roku, albo zrobić coś szalonego, bo akurat nam się trafiło wolne miejsce. Wybraliśmy drugą opcję.

Michał K.

Czas mijał i nadszedł czas na eliminacje do Mistrzostw. Tym samym mecz z Łotwą miał być sprawdzianem dla Antigi jako trenera.
Rozpoczęliśmy spotkanie o wyznaczonej porze. Szybko też narzuciliśmy przeciwnikom swoją dominację. Przyczynił się do tego nasz atakujący. Mario podniósł wynik o kilka oczek poprzez swoje asy. W końcu ich trener nie wytrzymał i poprosił o czas. Po kilkunastu chwilach wróciliśmy na boisko i na drugą przerwę techniczną zeszliśmy z dziesięciopunktową przewagą, bo Fabian też zachwycił swoimi punktowymi zagrywkami. I Bartek nam zakończył seta.
Druga partia rozpoczęła się walką punkt za punkt. Minimalne prowadzenie na pierwszej przerwie technicznej mieli Łotysze. Przez większość czasu mieli nad nami jedno- lub dwupunktową rezerwę. Jednak dzięki zmianom w naszych szeregach zwyciężyliśmy.
Nadszedł trzeci set. Przeciwnicy podejmowali walkę, ale nie udało im się nas złamać. Wygraliśmy 3:0 z nowym trenerem na czele.
- To co? Imprezka?! - Do szatni po meczu wpadł najpóźniej Winiarski, który nie wiele rozumiał z naszych gestów i prób pokazania, żeby był cicho. - Co wam jest?
- Michał, co rozumiesz przez słowo imprezka? - Zza rogu wyszedł Stefan, przed którym próbowaliśmy ostrzec Winiara.
- O i trener tutaj. - Błyskawicznie pokazał swój zgryz. - Co ja przez to rozumiem? No oczywiście, że zjedzenie spokojnie kolacji.
- Mam nadzieję. - Powiedział Antiga i wyszedł.
- Uffff. - Z Winiarskiego uszło powietrze. - A tak blisko było. To co panowie...
- Chyba zapomniałem teczki. - Ponownie pojawił się Stefan przerywając wypowiedź mojego imiennika. - O jest. - Wziął do ręki przedmiot. - Pospieszcie się. - I zniknął.
- Ja już chyba dziś nic nie mówię. - Szepnął blady Michał.

~*~
Takie sobie... Jak wszystko ostatnio...